Źródła Sanu – spacer przez wsie, których nie ma

By
28 kwietnia, 2020

Wycieczka do źródeł Sanu może wydawać nam się nieco egzotyczna. Bukowiec, Beniowa, Bieszczady najdziksze z możliwych.. Dawniej teren niemożliwy, a już na pewno karkołomnie trudny do zdobycia, dziś jest otwarty dla wytrwałych turystów. Czas zatrzymał się tu w miejscu. Pozostał tylko San, niezmienny, wypływający z bieszczadzkich źródeł aż do samej Wisły. Wybierzmy się dziś na prawdziwą wyprawę w dzikie Bieszczady, odwiedźmy pozostałości dawnych wsi, m.in. Sianki, Bukowiec, okolice Beniowej, potem spójrzmy przez San, oddzielający nas od drugiej części Sianek po stronie Ukraińskiej. Ta wyprawa zapadnie w pamięć każdemu. Zaczynajmy!

San, bieszczadzka wizytówka

San jest rzeką, której źródła znajdują się w południowo-wschodniej Polsce. Stanowi prawobrzeżny dopływ Wisły. Ma długość 457,76 km, odcinek o długości 54 km jest rzeką graniczną pomiędzy Polską, a Ukrainą. Powierzchnia zlewni Sanu zajmuje 16 861 km2, z czego aż 14 390 km2 znajduje się w Polsce, a 2471 km2 należy do Ukrainy.

Źródło Sanu znajduje się po ukraińskiej stronie, na wysokości 925m n.p.m, na południowo-wschodnich stokach Piniaszkowego w Bieszczadach Zachodnich, niedaleko miejscowości Sianki. W roku 1996 powstała tablica przy znaku granicznym 224 informująca o tym, że tu znajduje się źródło. W rzeczywistości jednak ta informacja jest błędna, bo prawdziwe źródło znajduje się ok. 300m na południowy-zachód, w odległości 30m od polskiej granicy.

San jest rzeką o niezwykłych walorach turystycznych. Pomiędzy Otrytem, a Tołstą tworzy malowniczy przełom. Na bieszczadzkim odcinku rzeki stworzono dwa sztuczne jeziora – Jezioro Solińskie i Jezioro Myczkowskie, zwane też Jeziorem Myczkowieckim.

San płynie na północ na Pogórze Środkowobeskidzkie, przepływając pomiędzy Pogórzem Przemyskim, a Dynowskim. Z okolic Dynowa rzeka płynie w okolice Przemyśla i od źródeł aż dotąd jest rzeką górską. Od Przemyśla płynie przez tzw. Bramę Przemyską, by obrać kierunek północno-zachodni. Płynie Doliną Dolnego Sanu, gdzie ma szerokość sięgającą nawet 10 km. Na tym odcinku znajduje się wiele łąk i lasów łęgowych.

San na końcu swojego biegu wpada do Wisły na północny-wschód od Sandomierza.

Ścieżka dydaktyczno-historyczna “W dolinie górnego Sanu”

Ścieżka dydaktyczno-historyczna “W dolinie górnego Sanu” powstała w roku 1991, w momencie przyjęcia tej części tzw. “bieszczadzkiego worka” do obszaru BPN. Została ona przedłużona do umownych źródeł Sanu w okolice Przełęczy Użockiej, powstała także trasa łącznikowa, czyli ścieżka spacerowa do cmentarza z I wojny światowej. Nie znajdziemy tutaj typowych szlaków PTTK. Przez długie lata teren ten był zupełnie niedostępny, opustoszały, w 100% przejęty przez naturę. Dopiero w połowie lat 60-tych XX wieku pojawili się tutaj leśnicy i górale.

Początkiem ścieżki jest Bukowiec. Trasa rozpoczyna się na parkingu w Bukowcu, wiedzie m.in. lasami, łąkami, otwartymi i niezwykle malowniczymi przestrzeniami. Kończy się na punkcie widokowym w Siankach. Można przejść ją pieszo, bądź fragment trasy przejechać rowerem lub konno.

Umowne źródło Sanu

Umowne źródła Sanu mają swoje miejsce na niewielkiej polance, w odległości 9 km na południowy-wschód od Bukowca. Znajduje się tutaj kamienny obelisk, krzyż i słupy graniczne – polski i ukraiński. Umownie uznaje się, że tutaj znajduje się prawdziwy początek Sanu, jednak nie jest to prawda. W tym miejscu płynie lewy dopływ Sanu, sam San jednak ma swoje źródło około 300m stąd, już po stronie ukraińskiej. Czemu więc uznaje się źródła Sanu właśnie tutaj? Obelisk stanął w tym miejscu, bo jest to strefa przygraniczna, gdyby obelisk stanął po stronie ukraińskiej, dotarcie do niego byłoby bardziej skomplikowane. Obecnie można do niego dotrzeć ścieżką historyczno-dydaktyczną. Na obelisku znajduje się oznaczenie długości rzeki – 444 km – jej wysokości – 950m n.p.m. Różne materiały podają nieco inną długość Sanu – 457,76 km.

Prawdziwych źródeł Sanu doszukiwać się należy po stronie ukraińskiej, choć bardzo blisko Polski.

Bieszczadzki Worek, czyli świat, którego już nie ma…

Worek Bieszczadzki to nieformalna nazwa terenu rozciągającego się pomiędzy granicą z Ukrainą, a pasmem polskich Bieszczadów Wysokich. W okresie PRL-u, właściwie aż do lat 80-tych XX wieku teren ten był zupełnie niedostępny turystycznie.

Nazwa tego terenu bierze się najprawdopodobniej z kształtu, jaki kreśli państwowa granica z Ukrainą i wschodnie pasmo Bieszczadów Wysokich.

Przemierzając drogi Bieszczadzkiego Worka, aż trudno uwierzyć w to, że jeszcze 100 lat temu tętniło tutaj życie. Wsie rozwijały się bardzo dynamicznie i intensywnie, kwitł przemysł drzewny. Funkcjonowały m.in. beczkarnie, działał zakład produkujący elementy mebli. Fabryka eksportowała swoje produkty do Holandii, Francji i Belgii. Działała tu też potażnia, a wydobywany potaż wykorzystywany był do produkcji szkła i mydła. Działały tu wodne tartaki, jeździła wąskotorowa kolejka. Ciekawostką może być fakt, że Sianki, jedna z nieistniejących już dzisiaj wsi, była miejscowością letniskową z hotelem, restauracjami, a nawet teatrem i kortami tenisowymi. Dziś panuje tu wymowna cisza. Co stało się z tymi tętniącymi życiem bieszczadzkimi wsiami na końcu świata, gdzie czas stanął w miejscu?

Wszystkiemu winna była wojna

Dużą część zabudowań wsi należących dziś do Bieszczadzkiego Worka zniszczyły działania wojenne, zarówno te podczas I, jak i podczas II wojny światowej. Trzeba zaznaczyć, że sąsiadująca z tymi terenami Przełęcz Użocka stanowiła punkt strategiczny, przetoczyły się tędy ciężkie działa, prowadzone były krwawe i niszczące walki. Po wojnie wojska sowieckie i władze komunistyczne w celu oczyszczenia pasa granicznego i ustanowienia granic na Sanie wysiedlili wszystkich mieszkańców. Chcąc, czy nie chcąc, wszyscy musieli porzucić ziemie swoich dziadków i wyjechać w nieznane z małym podręcznym bagażem, zostawiając za sobą wspomnienia i miniony czas.

Ludzie zniknęli, czas minął, a zabudowania zostały. Niszczały tak przez lata, pochłaniała je przyroda. Dopiero w latach 70/80-tych XX-wieku zrównano je z ziemią przy pomocy materiałów wybuchowych. Zapadła tu głucha cisza i pustka. Od roku 1996 obszar ten objęty jest Bieszczadzkim Parkiem Narodowym. Nikt z mieszkających tu niegdyś Bojków, bo to Bojkowie w większości zamieszkiwali te tereny, nie powrócił tu już nigdy. Z różnych źródeł dowiadujemy się, że mieszkańcy polskiej strony rozsiani zostali po świecie, zostawiając bieszczadzką ziemię na zawsze.

Przebieg ścieżki dydaktyczno-historycznej Doliną Górnego Sanu

Aby dotrzeć do źródeł Doliną Górnego Sanu, musimy przejść około 11 km trasę. Będziemy poruszać się wzdłuż Sanu przez nieistniejące już dzisiaj, ciche i puste wsie. Odwiedzimy m.in. Muczne, z którego zaczniemy naszą wyprawę, przejedziemy przez Tarnawę Niżną, a potem Bukowiec, w którym na parkingu zostawimy samochód. Dalej udamy się już pieszo, wciąż wzdłuż Sanu, wędrując przez coraz bardziej zapomniane miejsca. Przejdziemy przez samo centrum Beniowej, wsi niegdyś tętniącej życiem. Potem ruszymy do wsi Sianki, wsi opustoszałej, granicznej, bogatej historycznie, choć dziś zupełnie zapomnianej. W Siankach odwiedzimy ruiny Dworu Stroińskich, poznamy historię ich pięknej miłości, odwiedzimy Grób Hrabiny, pozostałości po tutejszym życiu. Potem osiągniemy cel naszej wyprawy – dojdziemy do umownych źródeł Sanu i spojrzymy na drugą stronę, Sianki ukraińskie. Gotowi? Ruszajmy więc w drogę!

Muczne

Muczne to świetny punkt wypadowy w rejon Bieszczadzkiego Worka. Muczne w latach 70-tych XX wieku było ośrodkiem łowiectwa dla działaczy rządowych. Polował tu Piotr Jaroszewicz czy Edward Gierek. Polowano na żubry, wilki, a nawet niedźwiedzie. Przewodził temu płk. Kazimierz Doskoczyński, a Muczne nazywano na jego cześć “Kazimierzowem”.”Pamiątką” po tym jest Błękitna Aleja, czyli droga, która została wybudowana w ramach udostępnienia tego terenu rządowcom. Błękitna Aleja prowadzi z Mucznego do Bukowca, gdzie zaczyna się ścieżka przez Bieszczadzki Worek. Tą drogą udajemy się dalej, możemy tu jeszcze poruszać się samochodem, którym dojedziemy maksymalnie do parkingu w Bukowcu.

Przebywając w Mucznem warto odwiedzić Pokazową Zagrodę Żubrów, najlepiej przyjść tu, gdy nadchodzi czas ich karmienia. Mało kto wie, że w Bieszczadach przy odrobinie szczęścia żubry możemy spotkać w środowisku naturalnym. W Mucznem zobaczymy także żeliwny krzyż, który został tu przeniesiony z Beniowej w 1989 roku. Wprawne oko turysty z pewnością zauważy tu pozostałości filarów mostu dawnej kolejki wąskotorowej, która jeździła tędy w latach 1904-1936. Po drodze miniemy też liczne tarasy widokowe z pięknymi krajobrazami, zatrzymamy się też przy Plenerowym Muzeum Wypału Węgla Drzewnego. Będziemy mieli okazję zobaczyć prawdziwy retort, a także przeczytać ciekawe informacje o procesie i historii wypalania węgla w Bieszczadach.

Z Mucznego wiedzie szlak na Bukowe Berdo. Z każdej strony roztacza się niezwykły widok na okoliczne połoniny i wzgórza, warto odwiedzić punkt widokowy. My jednak udajemy się Błękitną Aleją w kierunku Bukowca, gdzie możemy zostawić samochód i udać się w dalszą drogę.

Tarnawa Niżna

Tarnawa Niżna to kolejny przystanek na naszej trasy. Znana jest przede wszystkim miłośnikom koni, tutaj bowiem funkcjonuje Stanica Konia Huculskiego. Znajduje się tu także niewielki, ale przyjazny hotelik “Baza nad Roztoką”. Warto odwiedzić także rezerwat Torfowiska Wysokie w Tarnawie Wyżnej. Ciekawostką może być fakt, że w roku 1927, kiedy przejeżdżała tędy jeszcze kolejka wąskotorowa, iskry spod jej kół spowodowały zapalenie się torfowiska. Ciekawe, a zarazem wstrząsające jest to, że pożar trwał aż 5 lat! Przez torfowisko wiodą drewniane mostki, którymi możemy przejść na ich drugą stronę. Torfowisko Tarnawa znajduje się tuż przy drodze po jej prawej stronie.

Tarnawa Niżna i Muczne to jedyne zamieszkałe wsie w rejonie Bieszczadzkiego Worka. Obecnie w Tarnawie mieszka kilkanaście osób. Ciekawostką jest fakt, że w całej Tarnawie nie ma zasięgu sieci komórkowych, a zegary same przestawiają się na czas ukraiński. Przebywając tu, w tej zapomnianej bieszczadzkiej wsi, mamy wrażenie, że czas stoi w miejscu. Tak naprawdę jednak prawdziwie puste i ciche wsie są jeszcze przed nami.

Kilka lat temu planem BPN było stworzenie w Tarnawie wzorcowej bieszczadzkiej wsi. Miało to być miejsce turystyczne, ale dokładnie takie, jakiego szuka się w Bieszczadach- miejsce ciche, spokojne, pozwalające na odpoczynek. Na razie jednak skończyło się na planach.

Bukowiec

Prawdziwy początek ścieżki Doliną Górnego Sanu wiodący do źródeł Sanu znajduje się w Bukowcu. Bukowiec to ostatni punkt, w który możemy dojechać samochodem, dalsza część trasy jest drogą pieszą, rowerową lub konną. Na parkingu zostawiamy samochód, dalej udajemy się pieszo lub rowerem. Nieco poniżej parkingu znajduje się punkt, gdzie schodzą się szlaki pieszy, konny i rowerowy.

Bukowiec powstał w latach 30-tych XVI wieku. Wioska została spalona w 1709 roku przez Szwedów, przeżyły tylko dwie rodziny. Wioska zdołała się jednak odbudować i zacząć dynamiczny rozwój. Na początku XX wieku tętniło tu życie. Działał Folwark Beczkarnia, działała potażnia. Biznesy te upadły w latach 30-tych XX wieku w czasach wielkiego kryzysu. Mieszkańcy trudnili się gospodarką pasterską, wypasali bydło na połoninach. Bukowiec prężnie się rozwijał.

2 czerwca 1946 roku mieszkańcy zostali stąd wysiedleni w okolice Tarnopola i Stanisławowa, nigdy tu nie wrócili. Ich domy, a także cerkiew spalono. Pozostał tu jedynie murowany fragment starej dzwonnicy, pozostałości po kadziach z potaszni i cmentarz wojskowy z czasów I wojny światowej z 12 zbiorowymi mogiłami. Około 700 m przed cmentarzem na cokole z piaskowca na kamieniu żarnowym stoi krzyż. Jest to replika krzyża, który został prawdopodobnie skradziony. Warto odwiedzić to miejsce, zmierzając drogą do źródeł Sanu. Z Bukowca wiedzie w zasadzie tylko jedna droga – w stronę Beniowej, wgłąb Bieszczadzkiego Worka. Tą drogą idziemy więc dalej, zmierzając do samych źródeł Sanu.

Na parkingu w Bukowcu trzeba zakupić bilet, jako że ścieżka do źródeł Sanu jest częścią BPN. Kupujemy więc bilet i kierujemy się drogą ku Beniowej, wsi, która dzisiaj jest tylko pustym miejscem na mapie. Bukowiec to punkt, w którym nasza przygoda zaczyna się na dobre.

Beniowa

Idąc drogą z Bukowca – droga jest w zasadzie tylko jedna – dotrzemy do Beniowej. Warto poznać odrobinę faktów z historii tej wsi, której czas i wojna nie oszczędziły. Znając fakty historyczne jeszcze lepiej odczujemy klimat tego wyjątkowego miejsca.

Losy Beniowej były bardzo podobne do losów Bukowca i innych wsi Bieszczadzkiego Worka. Wieś także powstała w XVI wieku, także w 1946 roku została wysiedlona. Leży około 45 minut drogi od Bukowca. Idziemy leśną drogą, San mamy cały czas po swojej lewej stronie. Po około godzinie marszu wchodzimy na szutrową drogę. Kiedyś stał tutaj schron pod Negrylowym. Można było się w nim zatrzymać, a nawet przenocować. Warunki były jednak ciężkie, zresztą mała liczba turystów w tych stronach spowodowała, że schronisko zostało zamknięte, a w roku 2008 rozebrane. Kiedy jednak jeszcze istniało, dokładnie w 2006 roku, pojawił się pomysł, by każdy, kto wchodzi na tą drogę, wpisał się do księgi wejść i wyjść. Księga ta była dostępna w schronisku, więc turyści, którzy nie chcieli się w nim zatrzymać nie wiedzieli nawet o istnieniu takiej księgi. “Obowiązek” wpisów został zniesiony.

Idąc dalej drogą przez Beniową mijamy imponujące tamy bobrów, które tutaj, jak i na niemal całym obszarze Bieszczadzkiego Worka nie są rzadkością. Do cmentarza w Siankach, sąsiedniej wsi podzielonej na dwie części – jedną po stronie polskiej, a drugą po stronie ukraińskiej, mamy jeszcze 40 minut drogi. Trudność trasy jej minimalna, właściwie można porównać ją do przyjemnego spaceru, choć dystans, jaki pokonujemy jest dość długi.

Po życiu, jakie toczyło się w Beniowej pozostało niewiele śladów. Mamy tu ruiny cerkwi pw. św. Michała Archanioła z 1909 roku. Jest tu także cmentarz z intrygującymi nagrobkami. Na jednym z nich wykuty jest znak kwiatu- był to symbol piękna i przemijalności ludzkiego życia. Być może pochowana została tutaj młoda kobieta, może dziewica. Na innym nagrobku widnieje wyryty dzban – symbol życia ludzkiego i jego zależności od woli Stwórcy. Prawdopodobnie pochowano tu osobę pobożną.

W Beniowej spotkamy też stare cerkwisko z kamienną pozostałością po chrzcielnicy w kształcie łodzi z wyrytą rybą – symbolem pierwszych chrześcijan. Prawdopodobnie chrzcielnica ta służyła w starej cerkwi z XVI wieku,

Naprzeciwko cmentarza ujrzymy starą, imponującą lipę. Stoi samotnie na środku wsi, a materiały podają, że ma 200 lat. To ona jest niemym świadkiem ogromu cierpienia i krzywdy, jaką wyrządzono ludziom, rozkazując im, by zostawili za sobą całe swoje życie, cały miniony czas. Po stronie ukraińskiej jest kilka domów z mieszkańcami, którzy wrócili w swoje strony. Po polskiej stronie na próżno ich szukać.

Beniowa charakteryzuje się gęstymi świerkowymi borami. Z drogi widzimy malowniczą Połoninę Kińczyka Bukowskiego. Jedynym zabudowaniem Beniowej jest niewielki szałas, pozostałość prowadzonych tu kiedyś wypasach bydła.

Legenda o Doboszu

Każdy miłośnik Bieszczad wie, że tutejsza kultura wiele zna podań i legend, na których opierają się niekończące się opowieści przy ognisku. Jedną z legend związanych bezpośrednio z Workiem Bieszczadzkim, a konkretnie z Siankami jest legenda o Doboszu.

Dobosz był brutalnym zbójnikiem, jakich w Bieszczadach nie brakowało. Kradł, bił się, napadał i zabijał biednych i bogatych. Miał niesamowitą siłę, niezwykle zbudowane mięśnie. Podobno jedyną bronią na Dobosza była srebrna kula.

Jedno z opowiadań mówi o tym, że Dobosz zabił strasznego Biesa, stąd jego siła i ogromna moc. Inna opowieść mówi o tym, że Dobosz pracował niegdyś u tutejszego chłopa. Pewnego dnia zauważył jego wyzysk i krętactwa, zdenerwował się na niego, przyparł go do ściany i z pomocą pozostałych 40 bieszczadzkich zbójników zamordował go. Niektórzy twierdzą, że to właśnie ten chłop “zainspirował” Dobosza do bycia złym zbójnikiem, którego bali się wszyscy.

Z Doboszem i tutejszą cerkwią wybudowaną w 1589 roku miała związek inna legenda. Otóż, Dobosz miał brata Iwana. Iwan także był zbójem, należał zresztą do szajki Dobosza. Kiedy jednak między braćmi wybuchła kłótnia, Iwan w przypływie złości zranił mocno Dobosza. Ten od tej pory aż do końca swojego życia był kulawy. Iwan był zmuszony opuścić szajkę Dobosza. Przed samą śmiercią jednak odwiedził Beniową i cerkiew, składając tu w ofierze nóż z wyrytym napisem: “tym nożem Dobosz……..” … dalsza część była nieczytelna. Dobosz podobno został brutalnie zabity.

Takich historii w Beniowej, jak i w całych Bieszczadach nie brakuje. Dodają one magii tym miejscom i sprawiają, że stają się one dla nas jeszcze ciekawszym celem turystycznym.

Sianki

Sianki zabudowane były po obu stronach rzeki. Przez Przełęcz Użocką przebiegała linia kolejowa z Przemyśla do Użgrodu, co z pewnością miało duży wpływ na rozwój wsi. Aż trudno uwierzyć, że działały tu pensjonaty, schronisko, korty tenisowe, piekarnia, sklepu, karczma, szkoła, tartaki, a nawet skocznia narciarska. Chętnie wypoczywał tu z rodziną Józef Piłsudski, zdobywając Opołonek, najbardziej wysunięty na południe punkt Polski. Przed wybuchem wojny mieszkało tu ponad 1000 mieszkańców. Niestety, wysiedlenia nie uniknęły i Sianki. W roku 1951 wieś została podzielona pomiędzy Polskę, a Ukrainę. Po stronie ukraińskiej toczy się dziś życie, po stronie polskiej życie zamarło. Wieś Sianki została tylko pustym miejscem na mapie. O toczącym się tu niegdyś życiu mogą świadczyć liczne drzewa owocowe, pochodzące prawdopodobnie z dawnych sadów. Spotkamy je zresztą także w Beniowej czy w Bukowcu.

W Siankach warto zwrócić uwagę na roślinność. Jest ona tutaj wyznacznikiem świetnej kondycji środowiska. występują tutaj rzadkie i bardzo cenne gatunki porostów. Roślinność jest wolna od ludzkiej ingerencji, usuwa się tylko te drzewa, które mogłyby zagrażać turystom. Ciekawostką są tu drzewa, nazywane przez leśników “dziką apteką”. Są to drzewa, o które ocierają się dzikie zwierzęta, które uległy zranieniom. Żywica z drzew przynosi im ulgę i powoduje, że rany goją się szybciej. Wprawne oko z pewnością znajdzie takie “dzikie apteki” wśród bogactwa naturalnej roślinności, jaką charakteryzują się Sianki po polskiej stronie.

Ruiny Dworu Stroińskich i Grób Hrabiny

Idąc dalej, cały czas wzdłuż jedynej tu wytyczonej drogi, dotrzemy do ruin tajemniczego dworu Stroińskich. O Stroińskich słyszał każdy, mało kto jednak zna interesującą historię samych Stroińskich i ich dworu. Posiadłość Stroińskich według historyków składała się z dworu i sześciu budynków gospodarczych leżących tuż nad brzegiem Sanu. Stroińskich znali tutaj wszyscy, byli to ostatni właściciele wsi.

Dwór, po którym obecnie pozostały jedynie ruiny, należał niegdyś do właścicieli tej wsi – hrabiny Klary (z Kalinowskich) i Franciszka Stroińskich. Nie bez powodu Stroińskich nazywa się bieszczadzkimi Romeo i Julią. Ich miłość zasługuje na to miano w pełni. Historia mówi, że para żyła tu w XIX wieku. Ona była hrabianką lwowską, on właścicielem Sianek. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia, szybko też wzięli ślub. W dniu ślubu – niektóre źródła podają pierwszy dzień w nowym domu hrabiny- rozpętała się ogromna wichura, która zerwała z cerkwi krzyż. Krzyż ten wbił się w zachodni brzeg Sanu. Klara poprosiła męża, by ten zbudował w tym miejscu nową świątynię jako wdzięczność za ich miłość. Mąż posłuchał próśb hrabiny.

Po wybudowaniu świątyni nastał dla nich szczęśliwy czas, życie małżeństwa hrabiego i hrabiny Stroińskich stało się prawdziwą sielanką. Żyli sobie spokojnie, doczekali się syna Stanisława. Kiedy jednak Klara miała niespełna 40 lat, niespodziewanie zachorowała i zmarła. Nieszczęśliwy, lecz wciąż zakochany w niej do szaleństwa Franciszek, zrozpaczony po śmierci ukochanej hrabiny kazał wyryć na jej grobowcu napis “Dla tej, która uczyniła mnie najszczęśliwszym z ludzi”. Każdego dnia pokonywał kilka ładnych kilometrów nad grób hrabiny. Kiedy zmarł, po 26 latach, wciąż jej wierny i oddany, pochowany został obok niej. Dzisiaj mówi się, że kto dotknie Grobu Hrabiny, będzie miał szczęście w miłości. Miłość Stroińskich stała się symbolem najprawdziwszej, najszczerszej miłości.

Co stało się z synem hrabiny i hrabiego Stroińskich, Stanisławem? Historycy podają, że ożenił się on z Wandą i postawił we wsi kaplicę grobową naprzeciw dworu Stroińskich, obecnie po stronie ukraińskiej, stała tu w 1903 roku), a jej przeznaczeniem było pochowanie ich zmarłych córek. Jedna zmarła, gdy miała 8-lat, druga później, jako młoda dziewczyna. Dzisiaj jednak kaplica naprzeciwko dworu nie istnieje, nie odnajdziemy jej śladów, bo sowieci wysadzili ją w powietrze, depcząc i niszcząc wszelkie po niej ślady. Historycy twierdzą, że sowieci strzelali nawet do szczątków hrabiny. Trudno to sobie wyobrazić.

Po dworze pozostały tutaj tylko ruiny – niewielka piwniczka, która jednak niezbyt nadaje się do eksploracji, bo grozi zawaleniem, za piwniczką znajdują się pozostałości po budynkach gospodarczych.

Grób Hrabiny jest celem najwytrwalszych piechurów bieszczadzkich. Aby tu dotrzeć, trzeba niemało samozaparcia. Przebieg trasy jest bardzo łagodny, ale dystans do pokonania jest długi. Sianki to ostatnia polska wieś przed ukraińską granicą. Z Beniowej na Grób Hrabiny i do ruin posiadłości Stroińskich nie wolno już poruszać się rowerami, ten ostatni odcinek drogi do źródeł Sanu musimy pokonać pieszo. Od dworu do punktu widokowego w Siankach mamy jakieś 30 minut drogi.

Katarzyna Fedyczkanycz – ostatnia mieszkanka Sianek

Stosunkowo niedawno, bo w 2011 roku zmarła w Siankach ostatnia ich mieszkanka, Katarzyna Fedyczkanycz. Kim była i dlaczego o niej wspominamy? Katarzyna, zwana przez turystów Babcią Kasią, urodziła się w Siankach w 1923 roku. Choć po wojnie została wysiedlona, jak reszta mieszkańców, trafiła na Wołyń, po paru latach mogła wrócić na swoją ziemię. Tak też się stało.

Jedni mówią, że wróciła, bo umówiła się tu z rotmistrzem, w którym była zakochana, wzięli ślub, lecz rotmistrz niebawem został zamordowany, ona natomiast potemnbh poślubiła tutejszego chłopa, Jana Fedyczkanycza. Inni twierdzą, że wróciła tu właśnie z miłości do Jana, pomijając wątek rotmistrza. Nie wiadomo, jak było, wiadomo jednak, że Babcia Kasia wróciła do Sianek. Od zawsze czuła się Polką, wiedziała, co dzieje się w kraju, była na bieżąco z wiadomościami. Gdy wróciła do Sianek, odwiedzali ją liczni turyści, dbali o to, by niczego jej na tym odludziu nie zabrakło. Pewna grupa turystów zafundowała jej nawet antenę satelitarną, by mogła oglądać polską telewizję.

Katarzyna Fedyczkanycz była dowodem na to, jak silna może być miłość do ojczyzny, patriotyzm i poczucie narodowej tożsamości. Babcia Kasia była lubiana i często odwiedzana przez turystów, którzy jej chatkę w Siankach traktowali jako obowiązkowy punkt wyprawy do Bieszczadzkiego Worka. Po śmierci w 2011 roku została pochowana na cmentarzu w Siankach, dziś możemy odnaleźć jej grób.

Opołonek

Opołonek jest szczytem w granicznym w pasie Bieszczadów, tuż przy granicy polsko-ukraińskiej. Jednocześnie jest to najbardziej wysunięty na południe punkt Polski o wysokości 1028 m n.p.m. Jego zbocza są porośnięte karpacką buczyną. Opołonek znajduje się w części po stronie polskiej, a w części po stronie ukraińskiej. Wędrując tutejszym szlakiem warto zatrzymać się przy pomniku przyrody zwanym Skałą Dobosza. W przeszłości przebiegał tędy stalowy płot, który miał uniemożliwić przekraczanie granicy. Obecnie widoczne są jeszcze resztki tego stalowego płotu. Co ciekawe, płot ten był jeszcze nie tak dawno, bo w latach 70-tych XX wieku podłączony do prądu o niewielkim natężeniu.

Niestety, na szczyt od polskiej strony nie wolno nam wejść. Opołonek leży bowiem na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego, a nie wiedzie na niego żaden szlak turystyczny po polskiej stronie. Jak wiemy, łamanie szlaków jest na terenie parku narodowego zabronione, wejście na szczyt jest więc z naszej strony niemożliwe, chyba, że uzyska się specjalną zgodę straży granicznej i Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Niestety, śmiałków nie brakuje, a zakaz jest łamany, co może skutkować poważnymi konsekwencjami.

Jeśli mamy ochotę legalnie wejść na szczyt, możemy to zrobić od strony ukraińskiej z Przełęczy Użockiej. Na szczycie ujrzymy słupy graniczne, a także pozostałości po przedwojennych słupach granicznych między Polską, a Czechosłowacją. Ciekawostką może być fakt, że Opołonek i Skałę Dobosza w latach 20-tych XX wieku odwiedził sam Józef Piłsudski. Na Opołonku spotkać można dwa rzadkie gatunki roślin – arnikę górską oraz pszeniec biały.

W Siankach nasz szlak przez Bieszczadzki Worek dobiega końca. Zdobyliśmy źródła Sanu! Droga tutaj nie jest trudna, ale jest długa, bo w jedną stronę to niespełna 11 km marszu. W większości jednak są to tereny płaskie, nie ma stromych podejść, jest to więc po prostu długi, przyjemny spacer. Wracamy tą samą drogą, kierując się nad brzeg Sanu, mijając jeszcze raz Grób Hrabiny, ruiny Dworu, potem znów wchodząc do Beniowej prosto do wsi Bukowiec, gdzie zostawiliśmy samochód. Cała trasa tam i z powrotem zajmuje około 7h, a dystans, jaki przejdziemy do jakieś 22 km w obie strony. Warto jednak tę drogę pokonać, by na własne oczy zobaczyć źródło, z którego wypływa jedna z najpopularniejszych polskich rzek.

O czym pamiętać, wybierając się w poszukiwaniu źródeł Sanu?

Dolina górnego Sanu to miejsce absolutnie wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. Biegnie do niego tylko jedna droga. Choć to wciąż Bieszczady, obszar jest rozległy i płaski. Trzeba pamiętać, że wciąż wędrujemy strefą nadgraniczną – konieczny jest dowód osobisty i paszport. Kontrole straży granicznej są tu jak najbardziej możliwe.

Bieszczady Ukraińskie są kuszące dla miłośników Bieszczad, ale trzeba zaznaczyć, że z Sianek nie wolno nam przekroczyć granic i iść dalej bieszczadzkimi połoninami. Nie ma takiego przejścia granicznego, a jeśli przekroczymy te magiczne słupki, łamiemy prawo, a to może nas sporo kosztować. Legalną wycieczkę musimy zakończyć u źródeł Sanu, a właściwie przy umownym jego źródle. Nie ma możliwości, by od strony Sianek legalnie znaleźć się po stronie Ukrainy. Sianki to ostatni legalny etap naszej wyprawy doliną górnego Sanu.

Pamiętajmy o tym, że Dolina Sanu, jak i cała trasa do źródeł Sanu to tereny rzadko uczęszczane. Idąc ścieżką dworu Stroińskich czy Grobu Hrabiny poruszamy tylko wyznaczoną drogą. Nie warto zbaczać z drogi i wchodzić w gęstwinę, bo jest to teren, który wciąż nie jest do końca wyeksplorowany. Możliwe jest, że w gęstwinach, pod cienką warstwą ziemi znajdują się m.in. piwnice, czy stare studnie, które niezabezpieczone mogą stanowić dla nas zagrożenie. Sianki to wieś, gdzie prawdopodobnie nie spotkamy nikogo, tym bardziej poza ścieżką, nie poleca się więc zbaczania z wydeptanej ścieżki. Trzeba zresztą zaznaczyć, że zbaczanie ze szlaków wyznaczonych przez BPN w każdym miejscu jest zabronione.

Zmierzając w kierunku Dworu Stroińskich czy Grobu Hrabiny aż po Sianki trzeba pamiętać o tym, że takie ciche, rzadko uczęszczane zakątki jak Bukowiec, Beniowa czy Sianki są prawdziwym królestwem zwierząt.U źródeł Sanu możemy więc spotkać wiele dzikich mieszkańców lasu, z czego najbardziej niebezpieczne mogą być niedźwiedzie. Pamiętajmy, by w przypadku takiego spotkania zachować spokój i w żadnym wypadku nie podchodzić do zwierzęcia.

Wędrowcy, którzy chcą zatrzymać się na dłużej w Bieszczadzkim Worku powinni wiedzieć, że najbliższa baza noclegowa znajduje się w Tarnawie Niżnej. Jeśli więc udajemy się w kierunku ruin dworu i posiadłości Stroińskich i dalej aż do Sianek, należy wrócić tą samą drogą do Tarnawy Niżnej, gdzie możemy się zatrzymać.

Czy warto odwiedzić Dolinę Górnego Sanu i Bieszczadzki Worek?

Oczywiście, odpowiedź jest jasna. Bieszczadzki Worek to miejsce warte zobaczenia z co najmniej kilku powodów.

Każdy, kto twierdzi, że kocha Bieszczady, powinien zagłębić się w ich prawdziwą, właściwie dramatyczną historię, zobaczyć te opustoszałe miejsca tętniące głuchą ciszą, która przyprawia o gęsią skórkę. Wystarczy trochę wyobraźni, by mieć przed oczami obraz kobiet i mężczyzn pracujących w polu, wypasających bydło na połoninach czy bawiących się radośnie dzieci. Dzisiaj tego już nie ma, a ciszy nie przerywa żaden śmiech, żadna rozmowa ani dźwięk codzienności. Tym bardziej jednak pamięć o tych miejscach trzeba pielęgnować, by wraz z nadejściem nowego pokolenia nie odeszło w niepamięć pokolenie bieszczadzkich Bojków, którym z dnia na dzień odebrano wszystko.

Trasa do źródeł Sanu przez Bukowiec i okoliczne zapomniane wsie to dobry pomysł na weekend. Będzie to wycieczka inna niż wszystkie, a znając odrobinę historii tych miejsc, wędrowanie tymi zapomnianymi terenami będzie miało jeszcze bardziej wyjątkowy klimat.

Takiej ciszy nie znajdziecie nigdzie. Nie ma tu komercji, nie ma straganów z kiczowatymi pamiątkami, nie ma straganiarzy zachęcających do kupna podrobionych bieszczadzkich aniołów. Tutaj bieszczadzkie anioły wznoszą się ponad połoninami, ponad tymi zapomnianymi przez świat, ale nie przez ludzi lasami. Tutaj kiedyś było życie. To prawdziwe, niezmącone ludzką ręką Bieszczady. Warto na własnej skórze poczuć ten wyjątkowy, unikalny klimat.

Zdjęcia pochodzą z serwisu Pixabay.pl

Tags: Polecane

Nasza strona korzysta z plików cookies

Polityka prywatności